Im jestem starsza, tym bliżej mi jest do natury

Im jestem starsza, tym bliżej mi jest do natury

Czy chęć i potrzeba korzystania z darów natury i spędzania czasu z dala od wielkomiejskiego chaosu, czyni mnie babą z lasu?

Zaraz doświadczę wejścia w kolejną już, 4. dekadę życia. Im dłużej żyję, tym bardziej ciągnie mnie w ciszę i zieleń i do odgłosów natury.

Kiedyś, jako dziecko miałam tego sporo. Wraz z rodzicami i bratem spędziłam moje dzieciństwo w dwóch dużych domach z ogródkami. W jednym z nich była altana z piaskownicą, w drugim kryty taras, na którym spędzaliśmy wspólnie dużo czasu na rozmowach, spotkaniach towarzyskich i obserwowaniu kolejnych pokoleń dorastających ptaków.

Oba miejsca łączyło coś co uwielbiałam… dużo zieleni, kwiatów, drzewek owocowych i miejsce dla mojego hamaka, w którym lubiłam bujać się, marzyć i czytać książki.

Potem, gdy nadszedł czas szkoły średniej i studiów, czas wykorzystywałam na dojazdy do Warszawy, naukę, spotkania towarzyskie, zabawę i sen.

Czas leciał coraz szybciej, a gdy zostałam żoną i mamą dwóch chłopców, jedyną odmianę od rutynowych zajęć, stanowiły weekendy, kiedy mogłam spotkać się też z zapracowaną rodziną i znajomymi.

Rynek zawodowy w Polsce po 2000r. (kiedy zaczęłam pracować), był mocno wymagający i dosłownie czuć było na każdym kroku oddech konkurencji na plecach. Albo więc było się dobrym, albo miało znajomości i tylko to dawało szansę na zarabianie dobrych pieniędzy i rozwój zawodowy. Ja znajomości nie miałam, więc za każdym razem wykazywałam się jak tylko potrafiłam, angażowałam i robiłam się coraz większą biurwą.

Kontakt z naturą ograniczał się do weekendów, a latem jeszcze do wieczornych spacerów i wypadów na rower.

Na efekty tej zaburzonej struktury nie trzeba było długo czekać, bo zaraz po 30. zaczęły się u mnie pojawiać liczne kontuzje, problemy zdrowotne.

Śmiałam się tylko przez zęby, że zaczął się czas remanentu dla mojego ciała i zdrowia.

Rozpędzona w karierze:) zawodowej nie umiałam się zatrzymać. Wtedy jeszcze nie chciałam i nie umiałam. Jak pojawiał się ból lub stan zapalny łykałam proszki i znów było ok na jakiś czas.

Od czasów covid wiele zaczęło się zmieniać w mojej mentalności, podobnie jak u milionów zapędzonych ludzi w moim wieku.

Fakt, że nie musiałam już tracić 2h na dojazdy sprawił, że zaczęłam ten czas poświęcać na spacery z psem i bycie poza tym wielkomiejskim szaleńczym tempem.

Kiedy po jakimś czasie likwidowano kolejne obostrzenia, miałam niechęć i złość do tej drogi do pracy. Szczytem wszystkiego było spotkanie się z jednym z kierowców na tych samych światłach w Warszawie o innej, choć zbliżonej porze dojazdu do pracy.

Miałam już zaplanowany wyjazd wakacyjny i po raz pierwszy od wielu lat, były to pełne dwa tygodnie. Na tym wyjeździe, w nasze cudne Gorce, byłam wolontariuszem – opiekunem kolonijnym.

Wyjazd dał mi przestrzeń, spokój i ogromną samoświadomość. Codzienny kontakt z naturą, z dala od miasta, wśród gościnnych Górali, którzy sami prowadzili nocleg i własną przepyszną kuchnię, hodowlę krów i owiec oraz własną bacówkę, dał mi wiarę w to, że tradycja ma się dobrze i że poza wielkomiejskim chaosem, są tacy, którzy czerpią z natury w sposób, w jaki robili to też nasi dziadowie.

Doświadczyłam u podnóża Trzech Koron spotkania z cudownymi ludźmi i z perełką tego terenu – motylem Apollo Niepylakiem, który był wisienką na torcie tej podróży, a który pozował do zdjęć całej naszej ekipie.

To były moje najspokojniejsze dwa tygodnie od przeszło dekady.

Dopiero po powrocie do domu, uzmysłowiłam sobie jaką ogromną rangę dla mnie miał ten wyjazd.

Wyobraźcie sobie mnie wyciszoną, radosną, cierpliwą do granic niemożliwości.

Tak to faktycznie wyglądało do wtorkowego poranka, kiedy byłam drugi dzień w biurze, po tych cudownych wakacjach.

Jakaś nerwowość innych, jakieś niedorzeczne tempo i presja, durne maile… i szlag trafił dwa tygodnie tego, na co czekałam nawet nie rok, ale kilka ostatnich lat.

Koniec. To był koniec.

Moje neurony zostały poruszone do granic wytrzymałości i żeby to nie skończyło się zawałem, udarem lub psychotropami, trzeba było złożyć papier i odejść.

Tak zrobiłam… i wiecie co?

Z perspektywy czasu, to była najlepsza rzecz jaka mogła mi się przytrafić!

Najpierw postanowiłam po niemal 18. latach pracy non stop, porobić NIC.

Musiałam złapać oddech i przeanalizować czego nie chcę już w swojej codzienności i jak to moje nowe życie ma wyglądać.

Ze wsparciem przyszli bliscy i NATURA.

Codzienne spacery stały się rytuałem, od którego nie odżegnuję się do dziś, mimo kiepskiej pogody.

Mam swoje ścieżki i wraz z moim psem witamy się na nich z kolejnymi pokoleniami kruków, wiewiórek, dzięciołów (dużego i zielonego) oraz naszych kochanych saren i dzików.

Zawsze kiedy przewietrzę głowę, to mam więcej energii, entuzjazmu do pracy oraz więcej pomysłów.

Od kiedy, po wielu przeczytanych książkach i ukończonych kursach, zaczęłam wiązać pracę z moimi codziennymi rytuałami mogę śmiało powiedzieć, że moje życie stało się kompletne, a ja szczęśliwa i spokojna.

Żyję teraz w harmonii ze sobą, z moim ciałem i jego potrzebami, ale co najważniejsze jestem w zgodzie z naturą, do której uciekam w każdej wolnej chwili. Doceniam jej mądrość i obfitość, która działa na mnie regenerująco i potrafi szybko podnieść moją wibrację i samopoczucie.

Za każdym razem w sezonie, kiedy są do tego warunki, zbieram grzyby w lesie i robię z nich sosy, marynaty i suszę je. Z ziół i kwiatów na polach i łąkach, tworzę weki, syropy, napary i herbatki.

Z owoców robię kompoty, dżemy i używam ich do ciast i deserów.

Kiedy robi się chłodno kupuję ziarno dla ptaków i wsypuję je do karmnika na tarasie.

Zostawiam im o każdej porze roku poidło z wodą.

W ogrodzie zasadziłam dużo roślin nektarowych dla motyli i pszczół i szczęśliwie zauważam, ze co roku, jest tych owadów, ptaków i natury wokół mnie więcej i więcej.

To jest jedyne miejsce, które daje ukojenie dla oczu, ciała i zmysłów…

Przyroda. Fauna i flora. Natura. Zaprzyjaźnij się z nią, wtedy zrozumiesz o czym piszę 🙂

Powiązane wpisy
Zostaw komentarz

Your email address will not be published.Required fields are marked *